Mam ją piętnaście metrów od drzwi. Zródlaną mam. Mineralizuję ją na balkonie. Też możecie to robić.
W pobliskim źródełku cieknie sobie woda. Zródło jest zdrenowane do jakiejś rury. Goście i Autochtoni - półgórale mieszanej marki z niezakłoconą wysokogorskim klimatem iloscia czerwonych krwinek - nabierają tu wodę do konsumpcji. Woda smakuje wodą, to znaczy nie ma smaku. Pyszna herbata z tej wody. Ciekawość zaprowadziła mnie do podobnych rur drenujących mur oporowy pobliskiej szosy, a dociekliwość do wylania flaszki atramentu w pobliżu.
Zgadliście.
Z szanowanego źródełka pociekła błękitna aqwa. Piliśmy wodę z sączków odwadniających szosę. No trochę przez grunt przefiltrowaną. Tubylcom do odkrycia się nie przyznałem, a woda po kilku dniach przestała sie nadawać do pisania.
Byłem mocno rozczarowany, odkryłem jednak że na moim balkonie na pierwszym pietrze, przy mrozie tworzą się sople. Gdzieś się coś ze ściany sączyło. To była woda z instalacji sąsiada z góry. Założyłem delikatnie sączek i wydajność źródła nowego wzrosła. Woda nie jest już tak smaczna (może to kanalizacja), ale za to od razu chlorowana i mineralizowana po przepływie przez mury.
Jedyne zmartwienie, to fakt okresowego dodawania przez dział techniczny konserwantow o smaku oleju opałowego, spadek wydajności źródła i ciśnienia w sieci. Jednak ta spod szosy smaczniejsza.
Zastanawiam się nad komercjalizacją źródła.
Ps. W wochenende odpocznijmy od rżenia Mr. Lejkonika. C.d.n.